Dla niedowidzących Rozmiar tekstu: AAA

Czy wiesz że

Napisali o nas

13-03-2012 |  ciekawostki

O akcji grupy konwojowej ORLEN Ochrona, ratującej życie czteroletniemu chłopcu, ofierze tragicznego wypadku, napisał w ostanim Numerze "ORLEN Ekspres".

10.10. 2009 r. Grupa Konwojowa Kielce. Trasa konwoju nr 2. Miejscowość: Janowice. Godz. 11.10.  Wyprzedzający z nadmierną prędkością kierowca samochodu osobowego marki Honda stracił panowanie nad pojazdem i zjechał na lewy pas ruchu, uderzył w przydrożny przepust, a następnie po kilkakrotnym koziołkowaniu wpadł na posesję. Widząc to zdarzenie dowódca konwoju wydał kierowcy polecenie zatrzymania pojazdu w bezpiecznej odległości, zabezpieczenia przewożonych wartości i powiadomienia służb ratowniczych i Policji. Dowódca udał się na miejsce, gdzie znajdowały się ofiary wypadku i stwierdził, że najbardziej poszkodowane jest dziecko w wieku około 4 lat, które nie dawało oznak życia. Dowódca natychmiast przystąpił do reanimowania dziecka i czynił to do czasu przybycia służb ratowniczych.
Tak brzmiał suchy raport napisany jeszcze tego samego dnia przez Szymona  Ponikowskiego, który był w tym dniu dowódcą konwoju ORLEN Ochrony. Za tymi kilkoma służbowymi zdaniami kryły się jednak ogromne  emocje towarzyszące temu słonecznemu porankowi. – Wciąż mam przed oczami całą tę sytuację, a przecież minął już ponad tydzień. Minuta po minucie mimowolnie odtwarzam  wszystko, co się zdarzyło i modlę się, żeby ten chłopiec przeżył – wyznaje nieco zażenowany zainteresowaniem jego osobą Szymon Ponikowski.
Poproszony o to, by opowiedział całe zdarzenie chwilę się waha, lecz później z wyraźnym trudem opowiada. – Jechaliśmy spokojnie, przepisowo do kolejnej stacji paliw, skąd mieliśmy odebrać pieniądze. W lusterku zobaczyłem samochód, który nagle bardzo przyspieszył i zaczął nas wyprzedzać, choć przed nami był bardzo ostry zakręt. Nie było szans, żeby przy tej prędkości mógł go pokonać bezpiecznie. Przeczuwałem, że dramat jest nieunikniony. To co zobaczyliśmy kilka sekund później było jak kaskaderska scena z filmu. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałem. Ważące ponad tonę  auto wystrzeliło na kilkanaście metrów do góry, robiąc przy tym trzy obroty, po czym przeleciało nad ogrodzeniem i spadło na  podwórko pobliskiego gospodarstwa – opowiada dowódca konwoju. 

Szymon Ponikowski pracę w ORLEN Ochronie rozpoczął w lipcu tego roku. Wcześniej był  ratownikiem wodnym. Tego dnia jak zwykle w konwoju jechał ze swoim kolegą Mirosławem Kisielem. Byli już prawie w połowie trasy, kiedy to się zdarzyło. Decyzję o zatrzymaniu samochodu podjął bez wahania, pamiętając jednak o procedurach. – Nawet w takich dramatycznych sytuacjach trzeba bezwzględnie pamiętać o bezpieczeństwie konwoju. Wydałem rozkaz zatrzymania w bezpiecznym miejscu i powiadomieniu odpowiednich służb. Sam pobiegłem z pomocą do ofiar wypadku. Z wraku hondy właśnie wydostawali się o własnych siłach dwaj młodzi ludzie.  Na pierwszy rzut oka nie potrzebowali pomocy, więc odetchnąłem z ulgą. Jednak chwilę później zobaczyłem leżące w rowie małe dziecko. Serce mi zamarło bo czułem, że nie jest z nim dobrze. Niestety miałem rację – niewyczuwalny puls, brak oddechu. Zrozumiałem, że nie żyje. Chwilę potem, jak automat wykonywałem wszystkie czynności ratownicze. Pod palcami ręki uciskającej klatkę wyczuwałem delikatne kości. Bałem się, żeby nie połamać mu żeber. I po dwóch, może trzech cyklach zobaczyłem jak ta mała pierś się podnosi, napełniając się samodzielnie powietrzem. Łzy napłynęły mi do oczu. Odczułem radość  nie do opisania i wielką nadzieję, że się uda. Na krótko. Po kilku oddechach chłopczyk przestał znowu oddychać. Wróciłem więc do reanimacji. Znowu się udało. I od tego momentu oddychał już sam, ale przytomności nie odzyskał.
Na tym nie skończyła się rola Szymona Ponikowskiego. Musiał jeszcze poradzić sobie z napierającym tłumem gapiów i płonącym nieopodal samochodem. I znowu nieocenione okazało się  wyszkolenie dowódcy.  – W takich chwilach ważne jest by wydać stanowcze polecenie konkretnej osobie. Prośba rzucona w tłum pozostaje bez echa, bo wszyscy myślą, że ich to nie dotyczy i że zrobi to ktoś inny. Takich rzeczy uczą nas na szkoleniach. Poleciłem więc gospodyni przynieść koce do okrycia dziecka, a kierowcy busa, który w międzyczasie się zatrzymał, powierzyłem zadanie ugaszenia pożaru – opowiada dowódca konwoju tonem jakby przeżywał to na nowo.
Jak się okazało jego determinacja, szybkość i trafność podejmowanych decyzji pozwoliły uniknąć dalszej tragedii. Bak samochodu był pełen paliwa i dodatkowo miał instalację gazową. Do wybuchu brakowało naprawdę niewiele.
Po piętnastu minutach od zgłoszenia na miejsce wypadku przyjechała straż pożarna, a później kolejne służby. Szymon Ponikowski mógł więc przekazać  dowodzenie akcją profesjonalnym ratownikom i odjechać do kolejnego punktu na trasie konwoju.
Zapytany, o to co w tym wszystkim było najtrudniejsze odpowiada bez namysłu, że decyzja o podjęciu reanimacji. – Miałem chwilę zawahania, czy moje umiejętności są wystarczające. Co będzie jeśli zrobię mu krzywdę, zamiast pomóc? Ale jak się okazało odebrałem dobrą szkołę. To zasługa mojego przełożonego, pana Andrzeja Grudnia. To on przed każdą służbą kładzie nam do głowy zasady pierwszej pomocy i procedury bezpieczeństwa. Znamy je jak przysłowiowy pacierz.  W naszej pracy mogą się wydarzyć różne sytuacje. Prawdopodobieństwo napadu istnieje realnie, a wtedy może się okazać, że musimy udzielić pierwszej pomocy rannemu koledze lub innej osobie. To wiedza niezbędna w naszej pracy. Oby jak najrzadziej przyszło nam z niej korzystać.
Czteroletni chłopiec uratowany z wypadku przez Szymona Ponikowskiego został przewieziony helikopterem do Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego w Krakowie -   Prokocimiu, gdzie do chwili zamykania numeru przebywał na intensywnej terapii.
 
Żródło: "ORLEN Ekspres"

« powrót

 
 
 

Marki Grupy ORLEN